2019-04-24
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
ZACZĄŁEM DOPUSZCZAĆ SIĘ POLEMIKI. CZĘŚĆ 6.

24.04.2009. Począwszy od piątku (17.04.2009) publikujemy wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim (fot.). Ze względu na objętość zebranego materiału, całość podzielona została na kilkanaście części.
Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, siódmej części wywiadu: "ZOSTAŁEM FAKTYCZNIE ROZSTRZELANY".

pola: Co postanawia komisja rewizyjna?
B.W.: Jak dowiedziałem się już po zjeździe, na 3 członków komisji za udzieleniem absolutorium było 2 członków, a jeden był przeciw. Wobec tego absolutorium zostało przegłosowane. Jest jednak mały problem: nie wiadomo, co będzie dalej. Komisja rewizyjna została załagodzona, udzielają absolutorium zarządowi, prezes Mirowski trochę odetchnął. Proszę go wówczas o rozmowę. Jednak Mirowski odpowiada, że nie ma o czym rozmawiać: albo chcę być w zarządzie, albo nie. Zdecydowanie odmawiam. Konsternacja. Zaczyna się zjazd. Nerwowa atmosfera. Następuje wybór prezesa, ale jest sytuacja specyficzna: jeden kandydat. I nie ma nikogo innego. W związku z powyższym Mirowski wygrywa.
pola: Z jakiego powodu nie ma innego kandydata?
B.W.: Wiadomo, że jest zadłużenie w ZUS, są problemy. Ludzie, którzy by byli ewentualnie zainteresowani, są namawiani, ale nie chcą. Mirowski wygrywa, ma mandat na 4 lata. Zaczynamy dyskutować na temat członków zarządu, choć wszystko jest już ustalone — kto do tego zarządu wejść powinien. Jest lista zgłoszeniowa i procedura taka, że każdy z kandydatów na członka zarządu zostaje oficjalnie zapytany i musi wyrazić zgodę albo dezaprobatę tego, czy on w tym zarządzie będzie czy nie. Pytają wszystkich po kolei, wszyscy się zgadzają, ja wstaję, mówię, że nie zgadzam się i następuje martwa cisza. Odbywa się głosowanie, zarząd zostaje ukonstytuowany. Składam rezygnację. To była pierwsza rezygnacja, jaką złożyłem. Pisemnie, prezesowi, 23 października 2008 roku.
pola: Co tobą kierowało?
B.W.: Po pierwsze, chciałem, aby nowy zarząd miał czystą sytuację i sam decydował, kto będzie pracował w biurze. Po drugie, bardzo nie chciałem, żeby ktokolwiek z pracowników biura był w zarządzie. Był to pierwszy, podstawowy zgrzyt między mną, a władzą. Należy pamiętać, że poza mną funkcjonował jeszcze jeden człowiek, który był jednocześnie pracownikiem biura i członkiem zarządu. On nie uzyskał wymaganej liczby głosów, ja zrezygnowałem, więc sytuacja zrobiła się klarowna: brak członków zarządu wśród pracowników biura. Ponadto, kiedy byłem wybierany na stanowisko sekretarza generalnego w maju 2007, pomyślałem sobie, że zostanę do IO. Po IO pomyślałem, że nie mogę tego wszystkiego tak w środku rzucić. Przyjdzie koniec kadencji, skończy się pewien etap i OK, stąd ta rezygnacja przed wyborami. Ale po wyborach, kiedy znany był już skład zarządu, zostałem zbombardowany rozmowami. Ludzie, którzy teraz mnie oczerniają, wówczas byli pierwszymi, którzy przekonywali mnie, że jest dobrze, powinienem pomóc, są nowe władze, będzie łatwiej. Na początku byłem sceptyczny, ale miałem jakieś wewnętrzne poczucie misji. Pomyślałem: "Może tak?". Rzeczywiście, jest trudno, wiem, że za dwa tygodnie będzie problem finansowy, ale jakoś damy radę, mamy zespół. Po wielu rozmowach podjąłem decyzję, że OK. Jeszcze raz spróbuję.
pola: Czyli wciąż pełniłeś rolę sekretarza generalnego?
B.W.: Formalnie nie byłem odwołany przez zarząd. Pierwsze zebranie zarządu miało na celu, po pierwsze, ukonstytuowanie się zarządu i odwołanie mnie albo odrzucenie mojej rezygnacji. Zarząd odrzucił moją rezygnację. Wtedy jednak pomyślałem, że muszę trochę zmienić strategię. Do tej pory byłem spolegliwy, co kosztowało mnie masę zdrowia. Jeżeli miałem wydawane polecenie, to z nim nie dyskutowałem, tylko starałem się je wykonać. Natomiast nigdy nie dopuściłem się otwartej polemiki, co do słuszności lub braku słuszności danego polecenia. Pomyślałem jednak, że skoro kolejne 4 lata mam robić to wszystko, muszę zacząć uczestniczyć w procesie decyzyjnym nie tylko na etapie jego realizacji, ale również planowania. Zacząłem dopuszczać się polemiki, czasami bardzo niewygodnej. Polemiki, która była bardziej rozsądna niż metoda faktów dokonanych.
pola: Na czym polegała metoda faktów dokonanych?
B.W.: Pokażę ją na przykładzie przyjazdu do Polski trenera Chen Ganga i Chinki Wang Linling. Najpierw ściągnęliśmy ich do kraju, a potem zastanawialiśmy się, jak znaleźć pieniądze na ich utrzymanie. Zacząłem się temu sprzeciwiać. Przeszkadzała mi, ponadto, polityka cenzurowania informacji — do środowiska docierało tylko tyle, ile powinno dotrzeć.
pola: Wstąpiłeś na ścieżkę wojenną?
B.W.: Pierwszy, otwarty konflikt, który został niejako przez mnie wywołany, co prezes odebrał jak policzek, to było precyzyjne wyliczenie — tak, żeby nie dało się już zarzucić, że są to wyliczenia zrobione na kolanie — prawdziwego stanu zaległości PZBad w ZUS oraz tzw. zadłużenia operacyjnego. Poprosiłem pracowników biura, żeby wszystkie niezapłacone faktury zostały wypisane: co do daty, kontrahenta, terminu płatności i kwoty. To wszystko zostało zebrane. Osobiście za pomocą kalkulatora odsetkowego policzyłem wysokość odsetek w ZUS, zebrałem to wszystko i wysłałem maila do całego zarządu.
pola: Jakie były reperkusje tego posunięcia?
B.W.: Z tego, co się potem dowiedziałem, prezes Mirowski wyznawał zasadę, że jeśli ja mam rozmawiać z zarządem, to tylko przez niego. A ja, omijając swojego przełożonego, poszedłem do ludzi, którzy biorą odpowiedzialność za tę organizację. Uważałem, że członkowie zarządu są w pełni odpowiedzialni za stan związku, innymi słowy, za dług, który teraz jest, oni również biorą odpowiedzialność. Jaką jednak odpowiedzialność oni biorą, skoro nie wiedzą, jaka to jest suma? A kwota była porażająca, nawet dla mnie. Ja tę informację puściłem, wszyscy członkowie zarządu ją otrzymali. Napisałem, że to jest w tej chwili najbardziej pewna informacja i zaczęły się wtedy poszukiwania, czy rzeczywiście wyliczenie jest zrobione słusznie. Okazało się, że słusznie. Nie dało się niczego podważyć, choć prezes próbował. Zaczął to tłumaczyć. Wysłał maila teoretycznie sprostowującego do wszystkich członków zarządu. To było moje pierwsze oficjalne wystąpienie przeciwko prezesowi — koniec grudnia 2008, początek stycznia 2009.
pola: Wszelkie inne próby porozumienia z Mirowskim zawiodły?
B.W.: Próbując rozmawiać z prezesem na temat strategii na rok 2009, nie mogłem się przebić. Miałem poczucie wewnętrznego osamotnienia. Robiłem coś, ale nie byłem w stanie tego skonsultować z prezesem, choć on mógł zmienić moje zamierzenia w jednej chwili. To, nad czym spędziłem tydzień — nowy budżet, on był w stanie przewrócić zupełnie do góry nogami. W związku z tym napisałem do niego bardzo osobisty i bardzo męski list, bo to była jedyna forma dotarcia do niego z komunikatem. Ponieważ ani nie chciał mnie słuchać, ani nie mogłem się z nim umówić na spotkanie.
pola: Wydawało ci się, że list rozwiąże sprawę?
B.W.: Uważałem, że skoro przeleję te wszystkie rzeczy na papier, to stworzę taki moment, kiedy będziemy mogli zacząć na ten temat dyskutować. Prezes to odrzucił. Co więcej, wykorzystał ten list przeciwko mnie, odczytując go na zebraniu roboczym zarządu podczas mistrzostw Polski — w Suwałkach, w styczniu 2009 — całemu zarządowi. Tam były różne rzeczy: dotyczące mojego wynagrodzenia, planów na przyszłość, zabezpieczenia finansów związku w taki sposób, żeby nie upadło szkolenie, byłej księgowej, która oskarżała mnie o różne rzeczy, a okazało się, że sama ma problemy z prawem. Było wiele kierunków, które mu pokazałem. To wszystko w dosyć twardych, męskich słowach. Ludzie potem mi mówili, że to był mój największy błąd, bo Mirowski to wykorzystał w 100% przeciwko mnie, żeby mnie rozstrzelać.

(c.d.n)

Zob. też:
Cały czas wybiegałem przed szereg.
Kupili siebie nawzajem.
Otwarte wypowiedzenie wojny.
Polityka wybiórczego informowania.
Byłem totalnym outsiderem.

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-24, Wuhan
Kenta nie gorzej niż Kento
Japończyk Kenta Nishimoto (fot.) wyeliminował w drugiej rundzie mistrzostw Azji w badmintonie Jonatana Christiego (Indonezja) 18:21 21:19 21:10.
A przecież niedawno w Malezji Indonezyjczyk wsławił się pokonaniem najpierw aktualnego (Kento Momota), a następnie poprzedniego (Viktor Axelsen) mistrza świata.

W środę nie szczęściło się najwyżej notowanym singlistom indonezyjskim. Odpadł również rozstawiony z numerem sześć Anthony Sinisuka Ginting, ulegając po godzinie i kwadransie Ng Ka long Angusowi z Hongkongu 18:21 21:18 23:25.

Zob. też Indonezyjczycy pogrążyli faworytów na ich terenie.

Indywidualne mistrzostwa Azji w badmintonie. Badminton Asia Championships. 23-28 kwietnia 2019. Wuhan (Chiny). Wuhan Sports Center Gymnasium. Kategoria BWF Grade 2 — Level 4. Pula nagród: 400 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (archiwum)

jr

2019-04-23
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
CAŁY CZAS WYBIEGAŁEM PRZED SZEREG. CZĘŚĆ 5

23.04.2009. Począwszy od piątku (17.04.2009) publikujemy wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim (fot.).
Ze względu na objętość zebranego materiału, całość podzielona została na kilkanaście części. Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, szóstej części wywiadu: "ZACZĄŁEM DOPUSZCZAĆ SIĘ POLEMIKI".

pola: Co było po IO?
B.W.: W sierpniu była już atmosfera przedwyborcza. Doprowadziłem de facto do tego, że przyspieszono wybory. Pierwotnie miały się odbyć w styczniu 2009 roku, a odbyły się w październiku 2008 roku.
pola: Skąd ten pośpiech?
B.W.: Po pierwsze, chciałem, żeby nowo wybrany zarząd miał wpływ na nowy budżet. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, w której będzie styczeń, my nie będziemy mieli pieniędzy, ministerstwo nie będzie chciało rozmawiać ze starym zarządem, a nowy się jeszcze nie ukonstytuuje. Jak się okazało potem, trafiłem w sedno. W ministerstwie sportu powiedziano, że z tymi związkami, które jeszcze nie przeprowadziły wyborów, rozmawiają na temat budżetu tylko na miesiąc do przodu. A myśmy byli już po wyborach.
pola: Miałeś świetny pomysł.
B.W.: Pamiętam, jak mnie prezes zwymyślał, kiedy mu po raz pierwszy powiedziałem, żeby wybory zrobić wcześniej. Skrócenie kadencji w ogóle nie wchodziło w grę. Nie mieściło się w głowie, że można skrócić kadencję samemu. Starając się doprowadzić tę organizację do jakiegoś porządku, cały czas wybiegałem przed szereg, zupełnie nieświadomie.
pola: Może twoje plany były zbyt rewolucyjne?
B.W.: Chciałem iść nawet trochę dalej i zmienić statut, który generalnie już żeśmy trochę wcześniej zmodyfikowali. W 2007 roku zrobiliśmy zjazd, bo ministerstwo nam powiedziało, że mamy nieaktualny statut. Zmniejszyliśmy wtedy między innymi liczbę członków zarządu — z 16 do 11. To były kosmetyczne zmiany. Chciałem zrobić krok dalej: jeszcze bardziej ograniczyć liczbę członków zarządu — z 11 do 7. Taka była pierwsza propozycja. Storpedowano ją. Zaproponowałem redukcję zarządu do 9 członków — również się nie zgodzono.
pola: Zaskoczył cię opór?
B.W.: Zastanawiałem się, o co chodzi. Przecież w mniejszym gronie łatwiej się pracuje i rzadziej występują konflikty. Teraz już wiem, o co chodziło — trudniej sobie kupić głosy w terenie. A to wtedy było istotne. Obietnica bycia w zarządzie dla człowieka z danego środowiska mogła oznaczać, że on i jego środowisko będzie głosowało tak, jak ktoś zechce, aby głosował. Zostałem wówczas w sprawie zmian w statusie zakrzyczany i przestałem się na ten temat wypowiadać.
pola: Wróćmy jednak do wcześniejszych wyborów. Jak wówczas wyglądała sytuacja w PZBad?
B.W.: Z początkiem września SGGW wymówiła nam akademiki, nie mieliśmy gdzie uruchomić ośrodka. Z końcem września COS wymówiło nam biuro. Oczywiście myśmy już wcześniej zaklepali sobie nowe miejsce — na przełomie sierpnia i września 2008 znaleźliśmy dla biura lokalizację na Wiertniczej. Do 1 października 2008 musieliśmy się wynieść. Nie mieliśmy jednak do tego warunków ani pieniędzy. Przeprowadziliśmy się w jeden dzień. Osobiście skręcałem meble, które wraz z pozostałymi pracownikami biura i firmą przewozową przewieźliśmy na Wiertniczą.
pola: Miałeś zamiar ponownie kandydować na stanowisko sekretarza generalnego?
B.W.: Zbliżały się wybory, ale prezes Mirowski nie rozmawiał ze mną. Próbowałem go nakłonić do dyskusji na temat nowej strategii, tego jak to będzie po wyborach, ale miałem wrażenie, że mnie unika. Umawiał się ze mną na rozmowę, potem wszystko odwoływał. Miałem taką wizję, że będę stać na czele biura, bez wchodzenia do zarządu. Wybory miały być w sobotę, a prezes zadzwonił do mnie w środę: "Potrzebuję ciebie w zarządzie". Odpowiedziałem, że to nie wchodzi w grę. Według mnie organizacji było potrzebne przede wszystkim sprawnie działające biuro. A pracownik biura nie może być członkiem zarządu, ponieważ według mnie pojawia się wówczas konflikt interesów — sam może zgłaszać wnioski i ustawy, za którymi będzie głosował. Mówię twardo: nie. Prezes powtarza, że potrzebuje mnie w zarządzie i sobie tego inaczej nie wyobraża.
pola: Byłeś jednak skłonny do negocjacji?
B.W.: Zaproponowałem rozmowę na ten temat nazajutrz. Minął czwartek, piątek, żadnego telefonu. Wreszcie nadchodzi sobota rano, przychodzę na zjazd, ale prezes mnie unika. Wchodzę do sali, gdzie znajdowali się on oraz komisja rewizyjna, i widzę awanturę.
pola: Co się działo?
B.W.: Komisja rewizyjna miała wątpliwości, czy udzielić zarządowi absolutorium. Czyli za moment zjazd mógł zostać przewrócony do góry nogami. Sytuacja ta oznaczała, że ludzie, którzy znajdują się w starym zarządzie, nie będą mogli kandydować do nowego. Nowe władze muszą być wybrane, ale jeśli absolutorium nie zostanie udzielone zarządowi w całości, to głosuje się nad absolutorium dla poszczególnych członków i ten, kto to absolutorium uzyska, może kandydować do nowych władz. Jak nie, zostaje wyautowany. Prezes był nabuzowany. Wszystko rozbijało się o wysokość długu, jaki mamy w ZUS. Była informacja, że to suma "x". Z tym, że to ogólna kwota, zadłużenie składa się z kwoty bazowej i odsetek. Cały czas mówi się tylko o kwocie bazowej. Mówię im, że cały dług to ten "x" i prawie drugie tyle odsetek. Słyszę, że to nieprawda, bo nikt tego nie obliczył.
pola: Nie obawiałeś się, że pomyliłeś się w obliczeniach?
B.W.: Pytałem biuro księgowe, które nas obsługuje, jak to wygląda. Uzyskałem informację, jaki jest algorytm. Wyliczam to i podaję tę informację. Słyszę, że to są wyliczenia nie do przyjęcia, zrobione na kolanie, tak naprawdę wiemy na pewno, jaka jest kwota bazowa "x", natomiast o odsetkach nie możemy nic mówić.

(c.d.n)

Zob. też:
Kupili siebie nawzajem.
Otwarte wypowiedzenie wojny.
Polityka wybiórczego informowania.
Byłem totalnym outsiderem.

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-23, Wuhan
Indonezyjczycy pogrążyli faworytów na ich terenie
Najbardziej zaciętym spotkaniem pierwszego dnia mistrzostw Azji w badmintonie było starcie dwóch mikstów zaliczanych do światowej czołówki. Hafiz Faizal i Gloria Emanuelle Widjaja (Indonezja) pokonali zeszłorocznych brązowych medalistów tej imprezy, parę chińską Zhang Nan/ Li Yinhui 21:11 19:21 25:23, skądinąd półfinalistów ostatnich mistrzostw świata.
Indonezyjscy miksiści obronili w trzeciej partii cztery lotki meczowe.

Indywidualne mistrzostwa Azji w badmintonie. Badminton Asia Championships. 23-28 kwietnia 2019. Wuhan (Chiny). Wuhan Sports Center Gymnasium. Kategoria BWF Grade 2 — Level 4. Pula nagród: 400 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (archiwum)

jr

2019-04-22
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
KUPILI SIEBIE NAWZAJEM. CZĘŚĆ 4

22.04.2009. Począwszy od piątku (17.04.2009) publikujemy wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim (fot.). Ze względu na objętość zebranego materiału, całość podzielona została na kilkanaście części.
Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, piątej części wywiadu: "CAŁY CZAS WYBIEGAŁEM PRZED SZEREG".

pola: Co było po powrocie z Malezji?
B.W.: Zaczęła się otwarta wojna: są dwa obozy — my, zawodnicy i oni, związek. Zawodnicy zaczęli mówić: "a związek nam obiecał, a związek nie zrealizował, związek opóźnia" itd. Powstał mur i nie było jakiegokolwiek porozumienia, kontaktu, chęci komunikacji. Pojawiały się różne koncepcje wyjścia z impasu, np. grupa robocza ds. rozwiązania konfliktu w ośrodku, choć ostatecznie nic z tego nie wyszło, został nawet powołany przewodniczący, który nigdy się nie pojawił. Potem zacząłem bywać na treningach kadry przynajmniej raz w tygodniu, bo zauważyłem, że kiedy się pojawiam, wszyscy zaczynają lepiej pracować.
pola: Może dzięki temu zdobyłeś zaufanie zawodników?
B.W.: Zdobywanie tego zaufania odbywało się krok po kroku. Do Polski przyjechał wiceprezydent BWF Punch Gunalan, w listopadzie 2007, i wtedy pojawiła się koncepcja trenera zagranicznego. Wreszcie można ją było zrealizować. Znalazła się osoba, która była dostatecznie dobra. W ogóle to kandydatur było mnóstwo — jedne lepsze, inne gorsze. Trudno się było jednak władzy zdecydować.
pola: Czyli zagraniczny trener to zasługa Gunalana?
B.W.: Gunalan obiecał, że nam pomoże. No i pojawiła się koncepcja Kima. Oczywiście Kim na samym początku nie mógł się zdecydować: zupełnie inna kultura, zupełnie inny kraj. Miał być od początku grudnia, myśmy nie mieli na niego pieniędzy, więc na wejściu pojawił się zgrzyt. Miał dostać pieniądze od grudnia, okazało się, że pensja będzie nie od grudnia, ale od stycznia. Cały czas zmieniano decyzje, nie było jakiejś jasnej, spójnej strategii, której byśmy się trzymali. PZBad uznawał metodę żabich skoków i faktów dokonanych.
pola: Na czym ona polegała?
B.W.: Najpierw mieliśmy wziąć Kima od 1 grudnia. Skrobałem do niego maile w stylu: "Trenerze, wszystko załatwione, ruszamy od 1 grudnia". Potem się okazało, że nie mamy płynności finansowej, bo jest przełom roku — nie mamy mu z czego zapłacić, za co go zakwaterować. Dostawałem więc polecenia, aby napisać mu maila, że startujemy od pierwszego stycznia. No i awantura — trener Kim się zdenerwował. Punch Gunalan się do nas odzywa, że on nie rozumie tej sytuacji: pomógł nam znaleźć trenera, któremu myśmy obiecali zatrudnienie, wobec czego on zrezygnował z pracy. I co dalej? Więc my odpisujemy, że zapłacimy Kimowi część wynagrodzenia za grudzień etc. Takie skoki bez spójnej strategii i metodyki postępowania.
pola: Ostatecznie udało się jednak sfinalizować umowę z Kimem?
B.W.: Osobiście odebrałem go z lotniska, miał wynajęte mieszkanie blisko ośrodka szkoleniowego. Jak Kim zobaczył blok z wielkiej płyty z lat 70., wejście do mieszkania, które według naszych standardów było OK, ale wedle jego raczej nie, to widziałem, że jest załamany. Tak jakby chciał od razu wrócić do Azji. Pomyślałem wtedy, że będzie trudno.
pola: Zawodnicy byli w euforii?
B.W.: Na początku bardzo sceptyczni. Uważali, że nowy trener pół roku przed IO to nie jest dobry pomysł. Ponadto dowiedzieli się, że on jest specjalistą od singli. Mówili, że przewróci treningi, dokopie im, a oni się posypią. Trochę się przerazili tym wszystkim.
pola: Jak Kim udźwignął tę sytuację?
B.W.: Kim jest naprawdę wybitnym trenerem, chodzi nie tylko o umiejętności sensu stricte badmintonowe, ale umiejętności umysłowe i psychologiczne. Po prostu oni kupili siebie nawzajem, tak jakby się to odbyło w międzyczasie. Przyszliśmy na pierwszy trening, ja przedstawiłem trenera Kima, a on stanął z boku. Sprawdził linie, spytał o to i o tamto. Nie było takiego nastawienia, że jest nowym trenerem i wszystko zmieni. Drobnymi kroczkami zdobywał sympatię zawodników.
pola: Kim zajmował się całą kadrą?
B.W.: W pewnym momencie ustalono w ośrodku z Klaudią Majorową, że ona dalej będzie ciągnęła deble, a Kim się zajmie bardziej singlami. Wziął się za Przemka i wtedy on zaczął piąć się w rankingach. Wówczas Przemek drugi raz w karierze wystąpił w ćwierćfinale Super Serii w Szwajcarii w 2008 roku. Wacha był wówczas nim totalnie zafascynowany, wybuchł fizycznie. Ciężko trenował, miał zapał, ogień w oczach. To było coś niesamowitego — taki badminton, który się kocha.
pola: Kim zdobył również zaufanie innych zawodników?
B.W.: Zaufanie zdobywał w kontaktach nieformalnych. Raz zawodnicy zaprosili go na kolację, innym razem on ich. Wyjechaliśmy wspólnie na ME, gdzie zdobyliśmy pierwszy raz w historii brązowy medal. O mało nie zostaliśmy mistrzami Europy w mikście. Kim miał niesamowity wpływ na zawodników, oni go słuchali, był dla nich prawdziwym autorytetem. Kiedy przejął obowiązki trenera głównego kadry, a potem dojechał drugi trener, Chen Gang, atmosfera w ośrodku zmieniła się w moim odczuciu na lepsze. Choć było trudno. Tuż po igrzyskach pojawił się otwarty konflikt między Klaudią a Kimem. Przychodziłem na pierwsze treningi tylko z Kimem i czułem tę niesamowitą atmosferę. Na treningach panowała niemal absolutna cisza. Zawodnicy pracowali z zapałem, nawet jak mieli trening interwałowy, którego nikt nie lubi. Trener Kim im to zlecał, oni wiedzieli, jaki mają cel, zaczynały pojawiać się coraz lepsze wyniki. Wacha dziewiąty, debel ósmy na świecie w pewnym momencie. Co by było z mikstem, gdyby nie kontuzja Nadii? Nie wiadomo. Wydaje mi się, że miałby szansę wejść do pierwszej piątki. Olga Konon, która się pojawiła, i jest 43. w rankingu BWF. Ci ludzie harowali.
pola: Do kiedy Kim miał pełnić funkcję trenera w Polsce?
B.W.: Pierwotnie miał zakończyć współpracę w kwietniu 2008 roku. Pojawiła się rozpacz, bo chcieliśmy, żeby Kim został do igrzysk. Niemniej, 1 maja wyjechał na miesięczny urlop do Korei. Po drodze załatwił mikstowi i Przemkowi Wasze możliwość pojechania do Korei na treningi, choć ostatecznie mikst nie pojechał, bo Robert miał kontuzję. Już wtedy jednak wszyscy zgodzili się, że Kim powinien zostać do igrzysk. Zresztą PKOl pomógł nam w znalezieniu pieniędzy na jego pensję. Tak się stało. Przed IO wiozłem Kima na samolot i zaczęliśmy rozmawiać o jego ewentualnym powrocie do Polski — on sondował mnie, a ja sondowałem jego, na ile jest skłonny zostać. Kim wtedy powiedział, że pokochał zawodników, a zawodnicy pokochali jego, reszta to jest tylko kwestia warunków. Był w stanie się zgodzić na przedłużenie kontraktu. Wówczas padły jakieś wstępne sumy. Oczywiście przekazałem te wstępne ustalenia prezesowi Mirowskiemu, który poleciał na IO, żeby wiedział, w jaki sposób może rozmawiać.

(c.d.n)

Zob. też:
Otwarte wypowiedzenie wojny.
Polityka wybiórczego informowania.
Byłem totalnym outsiderem.

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-22, Kopenhaga
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
ROZSTRZYGNĄŁ ZŁOTY SET

22.04.2009. Team Skaelskor-Slagelse po dramatycznych meczach został w środę mistrzem ligi duńskiej. O zwycięstwie zadecydował tzw. złoty set, w którym Anastazja Ruskich i Donna Kellogg (fot.) pokonały Helle Nielsen i Gail Emms.

Finał rozpoczął sie od smakowitego miksta: Nathan Robertson i Donna Kellogg przeciwko Carstenowi Mogensenowi i Gail Emms. Od samego początku spotkania Robertson kwestionował decyzje sędziego serwisowego, w związku z czym otrzymał żółtą kartkę. Ten incydent dodał skrzydeł reprezentantom BS København, którzy gładko wygrali pierwszego seta.

Gail Emms jako wieloletnia partnerka Robertsona z pobłażaniem traktuje jego wybryki: Nathan, to Nathan. Żółta kartka od wielu lat stanowi część jego badmintonowej kariery. Jestem pewna, że kara nie miała wpływu na jego grę, tak samo jak na moją. Grałam z nim tak długo, że dokładnie wiem, czego od niego oczekiwać na korcie. W drugim secie Kellogg i Robertson zmniejszyli dystans punktowy, jednak mecz bez wątpienia wciąż znajdował się pod kontrolą Emms i Mogensena. Siła i zręczność tego ostatniego połączona z niewiarygodną grą jego partnerki na siatce przesądziły o tym, kto wygra całe spotkanie. Emms chętnie komentowała spotkanie: To był dla mnie ciężki mecz — grałam przeciwko moim wcześniejszym partnerom: Nathanowi i Donnie. Z drugiej strony Carsten był fantastyczny — pomagał utrzymać mi właściwą koncentracji na korcie. Gra z nim była prawdziwą przyjemnością. To wspaniałe zwycięstwo.

Wiadomo było, że TSS odrobi starty w drugim meczu — pojedynku Petera Gade z Rune Ulsingiem. Tak też się stało. Legendarny Duńczyk rozciągał z łatwością swojego przeciwnika po wszystkich czterech rogach boiska, czarując publiczność precyzyjną gra na siatce. Gade wyjaśniał, że to było dla niego trudne spotkanie: Wiedziałem, że jest presja, abym wygrał ten mecz. Mimo tego dobrze zagrałem, byłem pewny siebie i zrelaksowany, wszystko było pod kontrolą. To było ważne, abym zdobył pierwszy punkt dla swojej drużyny.

W kolejnym meczu faworytem był również zawodnik TSS — Joachim Persson, który zasypywał swojego młodszego i mniej doświadczonego kolegę lawiną smeczów. Ofensywa buńczucznego weterana najczęściej pozostawała bez odpowiedzi. Dzięki Perssonowi drużyna Skaelskor zdobyła swój drugi punkt.

Impas zdołała przełamać dopiero Nanna Brosolat, choc wydaje się, że mecz ten był najbardziej monotonny spośród rozegranych w środę. Jego rozpoczęcie poprzedziła długa dyskusja dotycząca doboru lotek odpowiedniej szybkości. Następnie dziewczyny rozpoczęły mecz, w którym dominowały długie wymiany. Spotkanie wygrała w dwóch setach bez większych problemów Nanna.

Atmosferę na hali znacznie podgrzały dwa deble. Bardzo efektowny był debel mężczyzn, w którym spotkały się pary Tony Gunawan / Mathias Boe oraz Jonas Rasmussen / Thomas Laybourn. Publiczność wręcz nie nadążała śledzić superszybkich smeczów. Lepsi okazali się tym razem zawodnicy TSS. Do zwycięstwa brakowało im teraz tylko wygranej w deblu kobiet. Niestety, Anastazja Ruskich i Helene Kirkegaard zagrały minimalnie słabiej od swoich przeciwniczek — Pernille Harder i Helle Nielsen.

O tym, kto zostanie najlepszym zespołem duńskiej ligi, miał zadecydować tzw. złoty set, w którym stawały naprzeciw siebie deblistki Anastazja Ruskich i Donna Kellogg oraz Helle Nielsen i Gail Emms. Ta pierwsza, przy znacznym wsparciu Donny Kellogg, zrehabilitowała się i złoto powędrowało do Team Skaelskor Slagelse. Podekscytowana Ruskich chętnie udzielała wywiadów: Czuję się wspaniale, cudownie i czuję, że zasłużyliśmy na ten tytuł. Wierzyliśmy w wygraną, cały sezon na to pracowaliśmy jako drużyna. Zdobyć taki tytuł, i to w złotym secie, to duże osiągnięcie w mojej karierze. Gram dla tego klubu od 10 lat i czuję się tu jak w domu.

Gade komentował zaś: TSS zapłaciło dużo pieniędzy, aby ściągnąć mnie do klubu, czuję, że dzięki dzisiejszemu zwycięstwu odpłaciłem się im za to. Dzisiejszej nocy odbyło się tu wiele niesamowitych meczów, mam nadzieję że to rozreklamuje badminton w Danii. Potrzebujemy więcej takich imprez.

Wcześniej, w poniedziałek, rozegrano mecz o brązowy medal, w którym obrońca tytułu Greve, pokonał Vaerlose 4:2. W spotkaniu tym świetnie spisał się Robert Mateusiak, zdobywając dla swojej drużyny wespół z Christinną Pedersen punkt w mikście. Polsko-duński duet pokonał 21:16 21:19 parę Mads Pieler Kolding / Kamilla Rytter Juhl.

Greve — Vaerlose (20.04.2009) 4:2
Kenneth Jonassen — Kasper Ipsen 21:13 21:19
Jens Eriksen / Lars Paaske — Anders Kristiansen / Martin Lundgaard Hansen 21:14 21:17
Britta Andersen / Mie Schjott-Kristensen — Anne Skelbak / Maria Helsbol 21:19 19:21 13:21
Robert Mateusiak / Christinna Pedersen — Pieler Kolding / Kamilla Rytter Juhl 21:16 21:19
Hans-Kristian Vittinghus — Emil Vind 21:14 21:13
Tinna Helgadottir — Amalie Fangel 13:21 5:21.

Team Skaelskor Slagelse — BS København (22.04.2009) 4:3
Nathan Robertson / Donna Kellogg — Carsten Mogensen / Gail Emms 11:21 17:21
Peter Gade — Rune Ulsing 21:13 21:17
Joachim Persson — Joachim Fischer 21:15 21:16
Camilla Overgaard — Nanna Brosolat 13:21 15:21
Tony Gunawan / Mathias Boe — Jonas Rasmussen / Thomas Laybourn 21:18 21:19
Anastazja Ruskich / Helene Kirkegaard — Pernille Harder / Helle Nielsen 17:21 19:21
Anastazja Ruskich / Donna Kellogg — Helle Nielsen / Gail Emms 21:16.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

pola

2019-04-21
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
OTWARTE WYPOWIEDZENIE WOJNY. CZĘŚĆ 3.

21.04.2009. Począwszy od piątku (17.04.2009) publikujemy wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim (fot.).
Ze względu na objętość zebranego materiału, całość podzielona została na kilkanaście części. Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, czwartej części wywiadu: "KUPILI SIEBIE NAWZAJEM".

pola: Jak to się stało, że ze specjalisty ds. marketingu przeistoczyłeś się w sekretarza generalnego PZBad?
Bohdan Włostowski: W pewnym momencie pani Szałagan musiała wracać do Głubczyc z powodów rodzinnych i szukała swojego następcy, kogoś kto by to wszystko przejął i zaczęła rozmawiać ze mną. Na samym początku byłem bardzo sceptyczny, wydawało mi się, że jestem za młody, że się do tego nie nadaję, środowisko mnie nie zaakceptuje, bo jestem totalnym outsiderem. Natomiast ona twardo przekonywała mnie, że mi pomoże. No i 30 maja 2007 doszło do zebrania zarządu, na którym wysunięto dwie kandydatury na stanowisko sekretarza generalnego: moją i Wiesława Chrobota. Zgodziłem się na kandydowanie po rozmowie z prezesem (Mirowskim — red.) i panią Szałagan, gdzie ona podsunęła mu ten pomysł, a on mi to oficjalnie zaproponował.
pola: Środowisko wówczas już ci sprzyjało?
B.W.: Wtedy zaczął się otwarty konflikt pomiędzy mną i Wiesławem Chrobotem. Myślę, że to dlatego, że w środowisku konserwatywnym kandydat był uzgodniony i to był właśnie Wiesław Chrobot. W środowisku, które się wahało, też trudno było otwarcie powiedzieć, że młody będzie lepszy. Idziemy na posiedzenie zarządu, ja z panią Szałagan, wchodzi przede mną mój kontrkandydat. W sali jest, że tak powiem, archetyp środowiska konserwatywnego, który nie widzi mnie, a widzi wchodzącego przede mną mojego adwersarza i mówi do niego: "Witam nowego sekretarza generalnego". Wówczas zauważa mnie i blednie.
pola: Nie zwątpiłeś wówczas w sens kandydowania?
B.W.: Pomyślałem, że karty są rozdane, a to wszystko jest farsą i nie wiem, po co tu jestem. Pani Szałagan mnie forsowała, ale chyba nic z tego nie będzie. Zrobiliśmy jednak głosowanie, kandydaci się przedstawili. Okazało się, że jeśli chodzi o doświadczenie, to ja się nie umywam do Chrobota. Wykształcenie mamy takie samo, różnimy się jedynie tym, że znam język angielski, a mój przeciwnik ma z tym problem. Poza tym jestem na miejscu, a on mówi, że jeszcze nie wie, jak tę funkcję będzie sprawował, bo przecież mieszka w Płocku. W głosowaniu tajnym wygrywam 8:3. W tym momencie następuje otwarte wypowiedzenie wojny.
pola: Chrobot odszedł z kwitkiem?
B.W.: Jeszcze przed głosowaniem pojawił się pomysł jednego z członków zarządu, aby ten, który przegra, został wiceprezesem. Bo skoro się właśnie wiceprezesi wycofali, a obaj kandydaci chcą pomóc i któryś z nich z natury rzeczy wyjdzie z głosowania niezadowolony, to niech zostanie wiceprezesem. No i tak się stało: zostałem sekretarzem generalnym, natomiast mój przeciwnik został powołany na wiceprezesa i wszedł do zarządu.
pola: Czy to była farsa?
B.W.: Trochę tak, bo uzgodnienia były, wszyscy, którzy tam się pojawili, wiedzieli, na kogo mają głosować. Na przykład jeden z członków zarządu przyszedł tylko na głosowanie, oddał głos i zaraz wyszedł. To znaczy, że skreślił, co miał skreślić i odszedł. Chodziło o to, żeby było kworum i żeby wybrać właściwego kandydata. Do tej pory jednak nie wiem, czy to się udało i został wybrany ten kandydat, który był rzeczywiście planowany. Dochodziły do mnie potem różne głosy, że jednak to był pstryczek w nos, że zostałem sekretarzem generalnym. Inni mówili, że nie. Przestałem się nad tym zastanawiać, puściłem się w wir pracy.
pola: Musiałeś zmierzyć się z wieloma konfliktami, które narastały w związku?
B.W.: Pierwsze takie zdarzenie to sprawa czołowych zawodników kadry narodowej przed mistrzostwami świata w Malezji, na przełomie lipca i sierpnia 2007. Ten słynny e-mail, który trafił do biura PZBad, ale nikt oprócz kilku osób w PZBad i zawodników w ośrodku go nie zna do tej pory, bo myśmy go nie upublicznili. Jego treść okazała się naprawdę porażająca. Cała sytuacja była niezwykle trudna dla mnie i zresztą dla wszystkich, dla zawodników najbardziej. Klimat w ośrodku przygotowań olimpijskich, gdzie trenowała kadra, był straszny od początku.
pola: Z jakiego powodu?
B.W.: Z tego, co mi przekazali już później zawodnicy, na poprzednich wyborach mieli obiecanego trenera z zagranicy, Klaudia Majorowa w ich mniemaniu miała być trenerem na chwilę. Ta chwila się przedłużała i przedłużała, antypatie były obustronne. Zawodnicy byli sfrustrowani.
pola: Kogo można za to winić?
B.W.: Klaudia Majorowa jest trenerem wybitnym, wzbudza szacunek za granicą, to widać po tym, w jaki sposób trenerzy z Europy się do niej odnoszą. Poświęciła się tej pracy. Wobec nieprofesjonalizmu, z jakim wtedy biuro PZBad podchodziło dosłownie do wszystkiego, to ona tak naprawdę trzymała porządek. Jej wiedza jest rozległa, poczynając od metodyki trenowania, poprzez motorykę zawodników i kwestie związane z dietetyką, jak i nawet psychologią. Niestety, wzajemna frustracja powodowała, że więcej czasu wszyscy spędzali nad tym, jak się nawzajem ograć, niż wspólnie dojść do jakiegoś wyniku.
pola: Wróćmy jednak do sprawy nieszczęśliwego maila.
B.W.: Niestety zdarzyła się taka wpadka. Ten e-mail dotarł do nas przez pomyłkę, jeden z zawodników go wysłał, nie sprawdzając dokładnie, co jest napisane pod spodem. Myśmy to przeczytali i było widać czarno na białym, że to w 100% zniesławienie.
pola: To była prywatna korespondencja...
B.W.: Tu powstaje dyskusja, do którego momentu ona jest prywatna. Korespondencja dotarła na oficjalną skrzynkę sekretariatu PZBad i do kierownika wyszkolenia. Co należało zrobić? Przejść nad tym do porządku dziennego, udawać, że sprawy nie było? Wtedy, po różnych dyskusjach, wyszło na to, że każda reakcja byłaby zła, ale najgorszą sytuacją byłby brak reakcji. No i zaczęły się przepychanki. W zasadzie sam się ubrałem w to, żeby poinformować zawodników o planowanej karze.
pola: Nie było ci ich żal?
B.W.: To były straszne sytuacje. Całe ostrze krytyki zostało skierowane przeciwko mnie. Były informacje ze strony zawodników, że właśnie rozbiliśmy filar kadry, że to totalna porażka. Z mojej strony frustracja, że biorę w tym udział. Mówiono, że prezes (Mirowski — red.) z sekretarzem wymyślili farsę po to tylko, aby "uwalić" jednego zawodnika. A ja widziałem, jak główny zainteresowany bardzo to przeżywa. Wiedziałem, że jemu zależy tylko na badmintonie, zresztą on to cały czas powtarzał. Chciał trenować, tylko frustracja, która w nim była, powodowała, że przestał się skupiać na swoim podstawowym zajęciu, zaczął się rozmieniać na drobne.
pola: Miał najwięcej do stracenia?
B.W.: Tak, to wszystko uderzyło tylko w niego i on ten ciężar na siebie przyjął. Na początku plany były takie, żeby w ogóle go uciąć z wyjazdu na MŚ. Potem, po dyskusji z psychologiem, który pracował z zawodnikami, z kręgu władzy pojawiły się sugestie, że to powinna być jakaś forma kary, żeby on to poczuł. Wówczas, po negocjacjach i przyznaniu się do winy oraz przeprosinach, pojechał do Malezji na własny koszt: za przelot i hotel zapłacił sam. Jednak po powrocie działo się źle. Jeszcze zanim kadra wyjechała, wszyscy zawodnicy ośrodka stanęli murem za winowajcą.

(c.d.n)

Zob. też:
Polityka wybiórczego informowania.
Byłem totalnym outsiderem.

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-21, Zagrzeb
Wielkanoc w Chorwacji
Ligowa gwiazda białostockiego Hubala, Węgierka Laura Sarosi (fot.), wygrała w wielkanocną niedzielę międzynarodowe mistrzostwa Chorwacji (Victor Croatian International). W finale pokonała Hinduskę Tanvi Lad.

Niewiele gorzej poszło występującym w polskiej ekstraklasie w barwach Aktywnej Piątki Przemyśl Krystynie Dżangobekowej i Katarinie Vargovej (Słowacja). W ćwierćfinale debla wyeliminowały rozstawione z numerem jeden reprezentantki gospodarzy i przegrały dopiero w finale z silnymi Holenderkami, Deborą Jille i Alyssą Tirtosentono.

W turnieju, w którym rok temu tryumfował mikst Paweł Pietryja, Aneta Wojtkowska, tym razem Polakom poszło słabo. Nikt z nich nie przedarł się przez kwalifikacje, a w turnieju głównym wszyscy odpadli w pierwszej rundzie (Aneta Niklas/ Wiktoria Rudzińska, Maciej Matusz/ Alan Ostrowski oraz Magdalena Kulska/ Zuzanna Parysz).          

Finały (21.04.2019)
Gra pojedyncza mężczyzn

Rahul Bharadwaj B.M (Indie) — Max WEISSKIRCHEN (Niemcy) 12:21 22:20 21:14 (1:04).
Gra pojedyncza kobiet
Laura SAROSI (Węgry, 3) — Tanvi LAD (Indie) 21:18 21:13 (0:37).
Gra podwójna mężczyzn
Emil LAURITZEN/ Mads MUURHOLM (Dania, 3) — Philip Illum KLINDT/ Jakob STAGE (Dania) walkower.
Gra podwójna kobiet
Debora JILLE/ Alyssa TIRTOSENTONO (Holandia) — Krystyna DŻANGOBEKOWA/ Katarina VARGOVA (Ukraina/Słowacja) 21:13 21:9 (0:25).
Gra mieszana
Emil LAURITZEN/ Iben BERGSTEIN (Dania, 4) — Alberto ZAPICO/ Lorena USLE (Hiszpania, 1) 19:21 21:12 21:16 (0:49).  

Międzynarodowe mistrzostwa Chorwacji w badmintonie. Victor Croatian International. 18-21 kwietnia 2019. Zagrzeb. Turniej kategorii Future Series. Wyniki Polaków. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © Janusz Rudziński, BadmintonZone.pl (archiwum)

jr

2019-04-20
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
POLITYKA WYBIÓRCZEGO INFORMOWANIA. CZĘŚĆ 2.

20.04.2009. Począwszy od piątku (17.04.2009) publikujemy wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim.
Ze względu na objętość zebranego materiału całość podzielona została na kilkanaście części. Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, trzeciej części wywiadu: "OTWARTE WYPOWIEDZENIE WOJNY".

pola: PZBad zaczął wychodzić na prostą?
B.W.: Wtedy wybuchła kolejna bomba. Mianowicie Ministerstwo Sportu nie podpisało z PZBad umowy na finansowanie szkolenia dzieci i młodzieży oraz w zakresie sportu powszechnego. Nastąpiło odcięcie jednej kończyny.
pola: Nie przesadzasz?
B.W.: PZBad stoi na sporcie kwalifikowanym, czyli kadrze narodowej, oraz na sporcie młodzieżowym i powszechnym. Sport powszechny są to wszystkie małe kluby i klubiki, w których ludzie z miłości do tej dyscypliny organizują wszystko. Tą jedną decyzją sport młodzieżowy i powszechny został odrzucony.
pola: Dlaczego tak się stało?
B.W.: Nie spełniliśmy warunków konkursowych, bo nie mogliśmy dostać zaświadczenia z ZUS-u o niezaleganiu ze składkami. Zaczyna się dramat. W kwietniu powinna zostać podpisana umowa, jest maj, czerwiec, lipiec. Sytuacja narasta, bo szkoły mistrzostwa sportowego prowadzą szkolenie, licząc na te pieniądze. Pieniędzy jednak nie ma. Pojawia się frustracja. Ludzie z terenu dzwonią, pytając, co mają zrobić. W szkolenie zainwestowali pieniądze, dochodziło do sytuacji, że placówki zaciągały kredyty pod te pieniądze, które teoretycznie miały się pojawić.
pola: Czy ludzie byli informowani na bieżąco o rozwoju sytuacji?
B.W.: My tak naprawdę dowiedzieliśmy się, że tych pieniędzy za 2007 rok nie będzie, w grudniu 2007. Do tego momentu instytucja nadzorująca nie była w stanie jednoznacznie wypowiedzieć się na ten temat. Co prawda powtarzali nam, że bez zaświadczenia z ZUS-u będzie trudno, ale jednocześnie prowadzili rozmowy tak, jakby szukali innego rozwiązania. Ludzie z terenu cały czas mieli świadomość, że rozmawiamy z ministerstwem. W najburzliwszym okresie chodziłem do ministerstwa praktycznie co drugi dzień.
pola: Należało wydobyć te fundusze choćby spod ziemi?
B.W.: To są najważniejsze pieniądze — dla ludzi, którzy są w terenie i pracują z najmłodszymi. Pojawiały się z ich strony zarzuty, że wiele rzeczy zorganizowali i nie ma im kto teraz za to zapłacić. Starałem się wszystko tłumaczyć, należy jednak pamiętać, że wówczas była w PZBad, zresztą cały czas jest, polityka wybiórczego informowania. Nic nie jest jasne i powiedziane wprost. Informacja jest dorabiana do pewnego rodzaju polityki i to tak, żeby to wszystko było strawne dla ludzi w terenie.
pola: Dlaczego tak się dzieje?
B.W.: Jak powiesz człowiekowi z małego klubu, że nie dostanie pieniędzy, bo związek nie podpisał umowy, to on wtedy myśli, że trzeba zmienić związek. Trzeba zmienić władzę. A to jest niebezpieczne.
pola: Jest szansa na wyjście z tej sytuacji?
B.W.: Pamiętam spotkanie opłatkowe w grudniu 2007 roku w PKOl. My wtedy generalnie już prawie leżeliśmy. Byłem umówiony z sekretarzem generalnym PKOl, z którym miałem iść do dyrektora odpowiadającego ze strony ministerstwa za szkoły mistrzostwa sportowego, aby iść w trójkę do nowego wiceministra. On był nam bardzo sprzyjający. Miałem nadzieję, że nam pomogą.
pola: Jaki jest skutek negocjacji?
B.W.: Mówią nam, że nie mamy na to szans, bo nie spełniamy wszystkich wymaganych warunków. Ponadto tego rodzaju rozmów nie można prowadzić "przy kotlecie", tylko należy się umówić na oficjalne spotkanie. Pytam się, co wobec tego możemy zrobić. No i wtedy pojawia się pomysł, żeby zawiesić władze związku lub wręcz rozwiązać związek, po to tylko, aby na jego gruzach zbudować inną organizację, która byłaby pozbawiona bagażu długów i mogłaby to wszystko pociągnąć. Innym zaproponowanym rozwiązaniem było znalezienie innej instytucji, która zamiast PZBad mogłaby podpisać umowy i rozesłać pieniądze szkołom.
pola: Były szanse, żeby taki pomysł przeszedł w PZBad?
B.W.: W moim odczuciu nie było w tym żadnej sprzeczności. Jeśli trudno jest doprowadzić do tego, aby PZBad został rozwiązany, to pojawi się inna instytucja, która te pieniądze weźmie i da ludziom w terenie. Wróciłem do związku i powiedziałem, jak jest sytuacja, ale był opór.
pola: Wiedziałeś wówczas, dlaczego?
B.W.: W sumie zarząd wydał nawet pełnomocnictwa prezesowi do podjęcia działań ostatecznych. Jednak z jego strony opór był największy. Zastanawiałem się, z czego ten opór wynika. I doszedłem — to by oznaczało, że władze PZBad tracą kontrolę nad dużą częścią finansowania. Wtedy wyznawałem strategię spolegliwości, bałem się wychodzić przed szereg. Zapadła decyzja, że za wszelką cenę zrobimy to sami. Był jednak dodatkowy problem. Pieniądze musiały być wydane do 31 grudnia, a był 20 grudnia. Czyli 11 dni na to, żeby to wszystko przerobić. Pojawiła się wstępna akceptacja ze strony ministerstwa. Wtedy uwierzyłem, że to jest możliwe. Jednak później okazało się, że nie. Ludzie nade mną nie potrafili lub nie chcieli zorganizować spotkania w ministerstwie. Przyszedł 1 stycznia 2008 i koniec. Szkoły mistrzostwa sportowego nie dostały pieniędzy za 2007 rok, nie zostały zrealizowane sportowe wakacje, o sprzęcie sportowym dla uczniowskich klubów sportowych w ogóle już nawet nikt nie mówił, dofinansowanie turniejów uczniowskich klubów sportowych przepadło. Zaczynają się telefony z awanturami.
pola: Nie wywieźli was na taczkach?
B.W.: Jednocześnie nasza kadra zaczyna odnosić coraz większe sukcesy. Zaczęliśmy przykrywać tę sytuację tym, że nasi zawodnicy byli na firmamencie. Należy pamiętać, że chodziło o dotarcie głównie do jednego odbiorcy — tego na Senatorskiej (Ministerstwo Sportu i Turystyki — red.). Musieliśmy im udowodnić, że nasi zawodnicy realizują szkolenie. Tymczasem na każdym przełomie roku pojawiała się niepewność, czy w sytuacji, kiedy mamy problem finansowy i nie jesteśmy w stanie podpisać umowy na część szkolenia, podpiszemy umowę na sport kwalifikowany.
pola: Ciężko było funkcjonować w takich warunkach?
B.W.: W roku 2008 podpisaliśmy umowę na finansowanie 6 lutego. Czyli styczeń i część lutego zrealizowaliśmy bez podpisania umowy, ponieważ cały czas ministerstwo się wahało, czy może to zrobić bez uzyskania zaświadczenia z ZUS. W tym roku umowę podpisaliśmy 5 lutego, czyli niewiele wcześniej. Podsumowując ten wątek, udało się uruchomić finansowanie szkół mistrzostwa sportowego w roku 2008, ale tylko w ostatnim kwartale. Dodatkowo uruchomiliśmy to, o czym mówiliśmy wcześniej — inną organizację. Opolski Okręgowy Związek Badmintona przejął finansowanie i to on de facto podpisał umowę z ministerstwem. Dostał pieniądze na swoje konto i potem rozdzielił je na dwie szkoły mistrzostwa sportowego, które aktualnie funkcjonują — w Płocku i Głubczycach.
(c.d.n)

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-19, Kraków
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
AWF WROCŁAW POWRACA NA TRON

19.04.2009. Badmintoniści studiujący na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu zgodnie z przewidywaniami zdobyli w niedzielę drużynowe akademickie mistrzostwo Polski.
Zespół w składzie: Adam Cwalina, Tymoteusz Czysz, Małgorzata Kurdelska, Maja Muszyńska, Marcin Ociepa, Natalia Pocztowiak, Marek Wachniewski, Aleksandra Witkowska (trener Henryk Nawara) pokonał w turnieju kolejno: Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu 6:1, Uniwersytet Warszawski 4:3, AGH Kraków 4:0, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu (obrońcy tytułu mistrzowskiego) 4:1 i — w finale — AWF Kraków 4:1.

AWF Wrocław ostatnio zdobył drużynowe mistrzostwo Polski w badmintonie w 2005 roku. Potem mistrzostwo zdobyła WSHE Łódź (2007) i wspomniany UAM w Poznaniu (2008).

Fot. © Henryk Nawara (live)

jr

2019-04-18, Kraków
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
SUWAŁKI WYWIOZŁY ZWYCIĘSTWO Z KRAKOWA

18.04.2009. Zagrożony spadkiem z ekstraklasy AZS AGH Kraków uległ u siebie SKB Litpol-Malow Suwałki 1:4. Gospodarze mogą być zadowoleni z występu swojego miksta, Damian Pławecki, Barbara Kulanty (fot.). Goście przybliżyli się natomiast do kolejnego tytułu mistrzowskiego.
Największą gwiazdą SKB jest obecnie Chinka Wang Linling, która odniosła dwa zwycięstwa w ligowej potyczce (w deblu wraz z Małgorzatą Kurdelską).

AZS AGH Kraków — SKB Litpol-Malow Suwałki 1:4
Dariusz Janik — Dariusz Zięba 18:21 10:21, Karolina Neska — Wang Linling 7:21 3:21, Maciej Piekło/ Damian Pławecki — Maciej Kowalik/ Łukasz Moreń 15:21 9:21, Barbara Kulanty/ Katarzyna Wójcik — Małgorzata Kurdelska/ Wang 6:21 20:22, Pławecki/ Kulanty — Moreń/ Kurdelska 15:21 21:18 21:18.

jr

2019-04-17
Z archiwów BadmintonZone - zdarzyło się 10 lat temu
BYŁEM TOTALNYM OUTSIDEREM. CZĘŚĆ 1.

17.04.2009. Począwszy od piątku Redakcja publikować będzie wywiad z byłym sekretarzem generalnym Polskiego Związku Badmintona — Bohdanem Włostowskim (fot.). Ze względu na objętość zebranego materiału, całość podzielona została na kilkanaście części. Niebawem zapraszamy do lektury kolejnej, drugiej części wywiadu: "POLITYKA WYBIÓRCZEGO INFORMOWANIA".

pola: Jak zaczęła się twoja przygoda z badmintonem?
B.W.: Byłem totalnym outsiderem. Wiedziałem tyle, że w badmintona gra się dwoma paletkami przez jakiś sznurek. I to wszystko. Zresztą moje postrzeganie tego sportu nie różni się zasadniczo od postrzegania go przez większość społeczeństwa. Jak zapytasz ludzi o badminton, to powiedzą, że grali na plaży lub na podwórku. Jest to według mnie dużym plusem, a jednocześnie największym minusem tej dyscypliny. Każdy zna badminton — jest on łatwo dostępny. Z drugiej strony z niewieloma osobami można poważnie porozmawiać na temat badmintona, ponieważ przez większość jest on traktowany jako "zabawa dla dzieci w krótkich majtkach".
pola: W jaki sposób trafiłeś do PZBad?
B.W.: Zostałem do tej organizacji ściągnięty przez poprzedniego sekretarza generalnego, z którym pracowałem na AWF-ie.W połowie poprzedniej kadencji zrodził się projekt, że potrzebna jest osoba do obsługi medialnej. To się nazywało dokładnie specjalista do spraw marketingu. Zostałem zatrudniony 1 marca 2006 roku na umowę-zlecenie: 1000 zł miesięcznie i praca na pół etatu.
pola: Od czego zacząłeś?
B.W.: Moim pierwszym projektem było odświeżenie strony internetowej. To, co widać teraz, to moje dziecko — od samego początku do końca. Zależało mi na tym, żeby w Internecie skupić się na kadrze, czyli wizytówce naszego badmintona. Jak już ktoś do nas trafił, miał zobaczyć, czym jest badminton, jakie mamy sukcesy. W pewnym momencie zaczął się pojawiać ranking zawodników. Dopiero w następnej kolejności miał znaleźć informacje na temat przepisów gry i całej biurokratycznej otoczki badmintona.
pola: Miałeś pozostawioną swobodę w realizacji tego zadania?
B.W.: Mógłbym godzinami opowiadać o tym, jakie walki przechodziłem, żeby na stronie znalazł się np. wniosek o licencję i inne dokumenty. To są lata pracy nad pewnymi ludźmi, żeby takie rzeczy mogły zaistnieć, żebyśmy się zbliżyli mentalnie do Zachodu, a nie tkwili ciągle w realnym socjalizmie. Problemy w PZBad biorą się z mentalności niektórych ludzi, którzy pracują tam od 30 lat i są w tym niesamowici. Ja stanowiłem dla nich zagrożenie.
pola: Niesamowici? Bardziej stosowne wydaje się chyba określenie "niereformowalni"?
B.W.: Wyobraź sobie, że ktoś opracował procedurę 30 lat temu i przez 30 lat jej nie zmienił, to jest niesamowite. A teraz przychodzi młody człowiek, który mógłby być dla niego synem, jak nie wnukiem, i przewraca jego świat do góry nogami.
pola: Nie wydaje ci się, że właśnie specyficzna mentalność, dominująca w momencie twojego przyjścia do PZBad, utrudniała zawsze współpracę tej organizacji z dziennikarzami?
B.W.: Kontakty z mediami związkowi nie wychodzą. Choć były lepsze czasy — szczytowym momentem był ten, kiedy badmintonzone.pl zaczęło nam pomagać przy Polish Open i zajęło się tym bardzo profesjonalnie. Na imprezę zaczęły przyjeżdżać ekipy telewizyjne. Fenomenem był zeszłoroczny mecz Polska-Anglia, kiedy ekipy biły się o naszych zawodników, aby zrobić z nimi wywiad. To był szczyt możliwości, jakie mieliśmy.
pola: W pierwszym okresie współpracy z PZBad zajmowałeś się tylko stroną internetową?
B.W.: Przez pierwszy rok zajmowałem się marketingiem. Na początku to była strona internetowa, a następnie poszukiwanie sponsorów.
pola: W tym okresie PZBad pozbawiony był dużego sponsora?
B.W.: Rok wcześniej Nokia powiedziała: "wystarczy". Teraz wiem, dlaczego powiedziała dosyć. Znam kuluary tej decyzji. Nokia powiedziała: "chcę odejść", jednak wcale nie musiała tego robić tak szybko. Nad sponsorem należy pracować — od momentu, kiedy trzeba go pozyskać, przez czas, kiedy jest, do momentu, kiedy człowiek się z nim rozstaje. Trzeba z nim cały czas mieć bliski kontakt.
pola: Kto według ciebie zawinił?
B.W.: Niestety, ówczesna władza przejawiała arogancję powyborczą w kontaktach zewnętrznych, na każdym polu. Jeśli Nokia, która chce wyjść, ale jeszcze się zastanawia, słyszy coś w rodzaju: "wy musicie z nami współpracować, a jeśli nie chcecie z nami współpracować, to świadczy o was źle", to co sobie sponsor może wtedy pomyśleć?
pola: To była duża strata dla związku?
B.W.: Po odejściu Nokii zaczęło dramatycznie brakować pieniędzy. Wtedy pojawiłem się ja i nie do końca docierało do mnie, dlaczego jest źle. Pierwsze refleksje przyszły, kiedy odeszło dwóch wiceprezesów: ówczesny wiceprezes do spraw marketingu oraz ówczesny wiceprezes do spraw promocji i mediów. W lutym 2007 nastąpiła całkowita zapaść. Z dnia na dzień złożył rezygnację ówczesny sekretarz generalny. Przez miesiąc byliśmy w totalnym zawieszeniu. Do tego poprzednia księgowa narobiła masę malwersacji finansowych — m.in. nie odprowadzała składek do ZUS.
pola: Nikt się nie zorientował w jej poczynaniach?
B.W.: Wezwania, które przychodziły z ZUS-u i wzywały do zapłaty, były przez nią wrzucane za biurko. Myśmy znaleźli te stosy papierów po odsunięciu biurka. Jej malwersacje są tak daleko posunięte, że w tej chwili PZBad ma straszny dług. Od 2007 roku mamy trzy wnioski złożone w prokuraturze — o ściganie księgowej. Jednak do tej pory wnioski nie weszły na wokandę.
pola: To był początek końca?
B.W.: Kiedy to odkryliśmy, zgłosiliśmy się do Ministerstwa Sportu, wówczas wstrzymali nam dotacje — w momencie, kiedy nasza ekipa była na Pucharze Sudirmana. Od przełomu maja do końca czerwca 2007 nie mieliśmy pieniędzy. I nie wiadomo było, co dalej. Nie ma sekretarza generalnego. Nie wiadomo, co się dzieje. Wówczas przyjeżdża z Głubczyc pani Szałagan, która próbuje to wszystko uporządkować.
pola: Dlaczego akurat ona?
B.W.: Bo nie było nikogo, kto akurat mógłby się tym w odpowiedni sposób zająć. Padł pomysł, aby pomogła, była zresztą jedyną osobą, która w tym sporcie jest od zawsze i nie ma konfliktu z władzami. Podejrzewam również, że z jej strony powodem było to, iż przestała piastować funkcję prezesa Opolskiego Okręgowego Związku Badmintona oraz dyrektora szkoły mistrzostwa sportowego i zaczęła być wolna. Prezes (Michał Mirowski — red.) zaczął z nią rozmawiać. Przyjechała do Warszawy. Najpierw ostro się wzięliśmy za Polish Open w Spale: pani Szałagan jako szef, Joanna Smolińska — nowa księgowa, ja, Ewa Czerwińska i Wiesiek Chrobot. To wtedy, w lutym 2007 roku, było najważniejsze.
pola: Nie miałeś wtedy dość?
B.W.: Nie. Wtedy byłem strasznie nakręcony — trzy czwarte organizacji Polish Open spadło na mnie. Dobrze się czułem, bo widziałem, że dużo ode mnie zależy. Wcześniej robiłem Polish Open pod nadzorem poprzedniego sekretarza generalnego. Teraz robiłem Polish Open z panią Szałagan, ale widziałem, że ja wszystko trzymam, bo pani Szałagan musiała pilotować też jeszcze inne rzeczy związane z funkcjonowaniem PZBad. Polish Open zaczęło się dziać, zaczęło fajnie wyglądać. Byłem wtedy jedyną osobą w biurze, która dała radę językowo ogarnąć kontakty zagraniczne.
(c.d.n)

Fot. © BadmintonZone.pl (archiwum)

pola

2019-04-15
Perfly – spełnienie w locie
Perfly, najnowsza marka sprzętu i akcesoriów do badmintona, dołączyła do rodziny marek własnych Decathlon w 2018 roku. Ale historia tego sportu w sieci sięga aż 1976 roku, kiedy to Michael Leclerq, założyciel firmy, postanowił zebrać wszystkie dyscypliny pod jednym dachem. Jakie były dalsze losy tego sportu i skąd nazwa najnowszej marki?

Dynamiczny rozwój

Historia badmintona w sklepach Decathlon przypomina amerykański sen. Od 2002 roku, kiedy ta skromna dyscyplina wchodziła w skład wszystkich sportów rakietowych pod jedną marką – najpierw Inesis, potem Artengo – zyskała wielką popularność, zasługując tym samym na własną markę. Czynnikami dynamicznego rozwoju tej dyscypliny było niewątpliwie wprowadzenie do sprzedaży takich przełomowych produktów, jak zestaw siatki i rakietek Easy Set czy lekka, a przy tym niezwykle mocna i wytrzymała grafitowa rakieta.

Naturalne środowisko

Krajem, w którym badminton święci szczególne triumfy, są Chiny. Wystarczy wspomnieć, że w pozostałościach dawnej cywilizacji chińskiej spotyka się rysunki przedstawiające grę przypominającą badminton, a zatem ta forma aktywności fizycznej była tam znana od wielu tysięcy lat.     Obecnie tę dyscyplinę uprawia około 250 milionów Chińczyków, a połowa z nich chwyta za rakietę co najmniej raz w tygodniu. Dlatego marka Perfly wybrała właśnie Chiny jako swoje naturalne miejsce dalszego rozwoju. W ten sposób znajduje się bliżej największego rynku, najlepszych sklepów detalicznych oraz najbardziej wymagających użytkowników, zyskując błyskawiczny feedback konsumencki i poruszając się w silnie stymulującym, konkurencyjnym i inspirującym środowisku. Ponadto w Chinach znajdują się zaawansowane technologicznie ośrodki produkcyjne Decathlon, które gwarantują szybszy i lepszy rozwój produktów, pozwalając osiągać najwyższy poziom innowacji.

Perfly

Nazwa Perfly łączy w sobie najważniejsze wartości związane z badmintonem. Przede wszystkim jest to sport nastawiony na wysoką wydajność opartą na doskonałej technice. Jednocześnie może go uprawiać każdy, a oprócz efektów sportowych dostarcza wspaniałej rozrywki i prawdziwej uczty dla wszystkich zmysłów. Dlatego nazwa najnowszej marki to połączenie słów
performance – oznaczającego spełnienie, wydajność, wyniki, działanie – oraz fly – podkreślającego lekkość nawiązującą do lotu lotki, a także radość i zabawę, które towarzyszą grze w badmintona.
 
Sport dostępny dla wielu

Perfly to marka tworzona przez badmintonistów dla badmintonistów. Jest skierowana do osób, które kochają ten sport, uwielbiają rywalizację, wysiłek fizyczny, a przede wszystkim spędzanie razem czasu na korcie. Twórcy marki uważają, że wszyscy miłośnicy badmintona powinni mieć dostęp do wysokiej jakości, technicznych produktów w przystępnych cenach, i stawiają sobie za cel wprowadzanie innowacji na rzecz najlepszych wyników i wspaniałych doświadczeń sportowych.

Poznaj naszą ofertę produktów Perfly.


Materiał promocyjny partnera

2019-04-14, Praga
Polacy medalistami Extraligi
Adam Cwalina pokonał Pawła Śmiłowskiego (fot.), ale ostatecznie tryumfował ten drugi.
W niedzielę zakończyły się rozgrywki czeskiej ekstraklasy badmintona (Extraliga).Polacy wspierali wszystkie drużyny grające w fazie play-off o medale.

W wielkim finale — BK 1973 Deltacar Benátky nad Jizerou kontra Badminton FSpS MU — doszło do konfrontacji w deblu pomiędzy Śmiłowskim (Benátky), którego wspierał Mołdawianin Cristian Savin a Cwaliną (FSpS), grającym w parze z Duńczykiem Kimem Bruunem. Faworytami byli ci ostatni i wygrali bez większych przeszkód. Śmiłowski zagrał jeszcze w singlu: choć nie jest specjalistą w grze pojedynczą bywa wystawiany w meczach ligowych do singla, tak było również w polskiej ekstraklasie. Teraz nie dał rady znanemu singliście estońskiemu, Raulowi Mustowi.

Choć Śmiłowskiego postawiono dwukrotnie na teoretycznie straconej pozycji, ostatecznie to on tryumfował, nie Cwalina. Drużyna Pawła (Benátky) zdobyła decydujący, piąty punkt, po wygranej Duńczyka Emila Holsta (w polskiej ekstraklasie grał w tym roku w barwach SKB Litpol-Malow Suwałki) ze swoim rodakiem, Kimem Bruunem. W ten sposób Śmiłowski zdobył mistrzostwo Czech drużyn mieszanych, a Cwalina — wicemistrzostwo.

BK 1973 DELTACAR Benátky nad Jizerou — BADMINTON FSpS MU 5:3
Kristoffer Knudsen/ Isabella Nielsen — Raul Must/ Tallulah Coppenolle 21:7 21:16, Jelizawieta Tarasowa — Zuzana Pavelková 21:11 21:14, Cristian Savin/ Paweł Śmiłowski — Kim Bruun/ Adam Cwalina 17:21 16:21, Emil Holst/ Kristoffer Knudsen — Jan Janoštík/ Vojtěch Šelong 21:12 21:19, Isabella Nielsen/ Jelizawieta Tarasowa — Magdaléna Lajdová/ Zuzana Pavelková 21:13 21:18, Cristian Savin — Adam Mendrek 21:17 13:21 7:21, Paweł Śmiłowski — Raul Must 16:21 17:21, Emil Holst — Kim Bruun 21:17 21:10.

Wcześniej, w małym finale wystąpili z kolei Mateusz Danielak (Sokol Radotín Meteor Praha) i Łukasz Moreń (SK STAVOS Brno Slatina). Konfrontacja zakończyła się analogicznie: wprawdzie Moreń wygrał przeciwko Danielakowi w deblu (Moreń/ Soren Toft Hansen — Danielak/ Pavel Drančák 21:10 21:12), ale to zespół tego drugiego zwyciężył 5:2 i zdobył brąz. Dodajmy, że Mateusz wygrał singla z Tadeášem Brázdą 21:19 21:18, a Łukasz przegrał miksta w parze z Kate Foo Kune (Mauritius) przeciwko duetowi Pavel Drančák/ Petia Nedełczewa 19:21 13:21. Razem z Danielakiem brąz wywalczył jego kolega z Sokola, Michał Rogalski, który nie zagrał w finałach, ale był wcześniej jednym z podstawowych zawodników drużyny.

Tego samego dnia rozegrano finały play-off Bundesligi. Jednak polscy badmintoniści obecnie występują jedynie w zespołach pierwszej Bundesligi zajmujących odległe lokaty, niewalczących o medale, lecz ewentualnie o utrzymanie się w ekstraklasie.

Mistrzostwa Czech drużyn mieszanych w badmintonie. Extraliga. Faza play-off. Finały. 14 kwietnia 2019. Praga (Czechy). Wyniki ekstraklasy w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © Janusz Rudziński, BadmintonZone.pl (archiwum)

jr

2019-04-14, Singapur
Momota - Ginting 2:1
W przeciwieństwie do wcześniejszych niespodzianek finały otwartych mistrzostwach Singapuru w badmintonie (HSBC BWF World Tour Super 500, 355 tys. dol.) przebiegły bez sensacji. Najdłuższy finał rozegrali singliści. Indonezyjczyk Anthony Sinisuka Ginting (na fot. z prawej) nie wytrzymał kondycyjnie pojedynku z Japończykiem Kento Momotą (fot.).
Pomimo efektownego zwycięstwa w pierwszym secie i prowadzenia 16:11 w drugim i 12:8 w trzecim Indonezyjczyk przegrał po 73 minutach (zob. mecz na YouTube).

Japońscy debliści, Takeshi Kamura i Keigo Sonoda, zrewanżowali się indonezyjskiemu duetowi, Mohammad Ahsan/ Hendra Setiawan za porażkę w półfinale tegorocznego All England. W finale debla pań tytuł też przypadł Japonii, bo mistrzynie świata, Mayu Matsumoto, Wakana Nagahara, pokonały parę koreańską.

Tai Tzu Ying (Tajpej) w finale ograła kolejną Japonkę, tym razem Nozomi Okuharę, i to była jedyna japońska porażka w finałach w Singapurze. Jedyny finał bez badmintonistów z Kraju Kwitnącej Wiśni to mikst. Dechapol Puavaranukroh i Sapsiree Taerattanachai (Tajlandia) pokonali malezyjską parę Tan Kian Meng/ Lai Pei Jing.
    
Wyniki finałów (14.04.2019)
Gra pojedyncza mężczyzn
Kento MOMOTA (Japonia, 1) — Anthony Sinisuka GINTING (Indonezja, 7) 10:21 21:19 21:13 (1:13).
Gra pojedyncza kobiet
TAI Tzu Ying (Tajpej, 1) — Nozomi OKUHARA (Japonia, 2) 21:19 21:15 (0:41).
Gra podwójna mężczyzn
Takeshi KAMURA/ Keigo SONODA (Japonia, 3) — Mohammad AHSAN/ Hendra SETIAWAN (Indonezja, 4) 21:13 19:21 21:17 (0:51).
Gra podwójna kobiet
Mayu MATSUMOTO/ Wakana NAGAHARA (Japonia, 3) — KIM Hye Jeong/ KONG Hee Yong (Korea) 21:17 22:20 (0:47).
Gra mieszana
Dechapol PUAVARANUKROH/ Sapsiree TAERATTANACHAI (Tajlandia, 3) — TAN Kian Meng/ LAI Pei Jing (Malezja) 21:14 21:6 (0:33).

Zob. też:
Japończycy zdobędą Singapur?
Duński taniec w Singapurze.
Umawiają się w piątki.
Lin Dan odpuścił, a Duńczycy w natarciu.       

Otwarte Mistrzostwa Singapuru w badmintonie. Singapore Open 2019. 9-14 kwietnia 2019. Singapur (Singapur). Singapore Indoor Stadium. Turniej HSBC BWF World Tour Super 500. Pula nagród 355 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

jr

2019-04-13, Singapur
Japończycy zdobędą Singapur?
Tajlandzki mikst Dechapol Puavaranukroh/ Sapsiree Taerattanachai (4. BWF) przyczynił się do klęski Chińczyków na otwartych mistrzostwach Singapuru w badmintonie (HSBC BWF World Tour Super 500, 355 tys. dol.).
Nikt z zawodników Kraju Środka nie dotarł do finałów turnieju, co kontrastuje z chińskim sukcesem tydzień wcześniej w Malezji, gdzie Chiny zgarnęły cztery z pięciu tytułów, a — licząc z chińskim Tajpejem — komplet.

Radość Tajlandczyków (fot.) była szczególnie uzasadniona. Dokładnie tydzień wcześniej zebrali w Kuala Lumpur od chińskiego miksta Zheng Siwei/ Huang Yaqiong (1. BWF) baty, a ogólny bilans konfrontacji wynosił 0:6. W Singapurze Puavaranukroh i Sapsiree Taerattanachai pokonali w półfinale Chińczyków 24:22 21:19. W finale Tajlandczycy zagrają z malezyjską parą Tan Kian Meng/ Lai Pei Jing. I będzie to jedyny finał bez udziału Japończyków, którzy w singapurskich półfinałach dali prawdziwy popis. Może z wyjątkiem Akane Yamaguchi, która stworzyła znakomite widowisko wespół z Tai Tzu Ying (Tajpej), ale nie wykorzystała czterech meczboli i przegrała 21:15 22:24 19:21.

Spektakularny popis dał mistrz świata Kento Momota (Japonia). To już stało się nudne, zwłaszcza dla Duńczyków. Viktor Axelsen (3. BWF) przegrał po raz 12. z Japończykiem, a wygrał tylko raz, pięć lat temu. Teraz Momota pognębił Axelsena, wyciągając w drugim secie z 6:16 na 21:18, co dało mu wygraną w meczu. We wspomnianej drugiej partii (pierwszą wygrał Japończyk do 15) Momota, odrabiając straty, zdołał nawet zdobyć dziewięć punktów z rzędu (Zob. spotkanie Momota — Axelsen na YouTube). Jedyna przykrość, która spotkała Momotę to widok żółtej kartki pokazanej przez sędziego prowadzącego przy 20:18, czyli na chwilę przed końcem pojedynku. W finale Momota zagra z Indonezyjczykiem Anthonym Gintingiem, co może być interesujące, jako że w odróżnieniu od Axelsena, Ginting wygrał z Momotą już trzy razy.

Do japońskiego popisu przyczyniła się też Nozomi Okuhara, rozbijając 21:7 21:11 Pusarlę Sindhu (Indie). Niespodziankę sprawili japońscy debliści Takeshi Kamura i Keigo Sonoda, eliminując rozstawionych oczywiście z numerem jeden liderów listy światowej, Marcusa Gideona i Kevina Sukamuljo, 13:21 21:10 21:19. Trzeba tu jednak przypomnieć, że to właśnie Japończycy zablokowali Indonezyjczykom na ostatnich mistrzostwach świata drogę do upragnionego tytułu. W finale Japończycy natrafią jednak na kolejną — i bardzo dobrze dysponowaną — indonezyjską parę, Mohammad Ahsan/ Hendra Setiawan. Duet ten dwukrotnie zdobywał mistrzostwo świata, a w sobotę pokonał aktualnych mistrzów świata, Li Junhui/ Liu Yuchen (Chiny) 21:11 21:14.

Zob. też:
Duński taniec w Singapurze.
Umawiają się w piątki.
Lin Dan odpuścił, a Duńczycy w natarciu.       

Otwarte Mistrzostwa Singapuru w badmintonie. Singapore Open 2019. 9-14 kwietnia 2019. Singapur (Singapur). Singapore Indoor Stadium. Turniej HSBC BWF World Tour Super 500. Pula nagród 355 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

jr

2019-04-12, Singapur
Duński taniec w Singapurze
Duńczyk Viktor Axelsen wykonał taniec zwycięstwa (fot.) po pokonaniu w zaciętym, 80-minutowym pojedynku 22:24 21:18 24:22 Indonezyjczyka Jonatana Christiego na otwartych mistrzostwach Singapuru w badmintonie (HSBC BWF World Tour Super 500, 355 tys. dol.).
Axelsen zdołał więc zrewanżować się Christiemu za porażkę tydzień wcześniej w Malezji (zob. Czy ktoś powstrzyma Jonatana?) i awansował do półfinału, w którym zagra z mistrzem świata Kento Momotą (Japonia).

Zob. spotkanie Axelsen — Christie na YouTube.

Na pocieszenie dla indonezyjskich kibiców do półfinału awansował inny ich singlista, Anthony Sinisuka Ginting. Pokonał mistrza olimpijskiego Chen Longa (Chiny) 21:19 21:9.

Viktor jest jedynym Europejczykiem w turnieju po tym, jak w ćwierćfinale Kim Astrup i Anders Skaarup Rasmussen (Dania) zostali wyeliminowani przez mistrzów świata, debel Li Junhui/ Liu Yuchen (Chiny) 21:15 19:21 21:19.

Zob. też:
Umawiają się w piątki.
Lin Dan odpuścił, a Duńczycy w natarciu.       

Otwarte Mistrzostwa Singapuru w badmintonie. Singapore Open 2019. 9-14 kwietnia 2019. Singapur (Singapur). Singapore Indoor Stadium. Turniej HSBC BWF World Tour Super 500. Pula nagród 355 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

jr

2019-04-11, Singapur
Umawiają się w piątki
Duńczyk Viktor Axelsen (fot.) pokonał po blisko godzinie Kantaphona Wangcharoena (Tajlandia) 21:14 15:21 21:12 na otwartych mistrzostwach Singapuru w badmintonie (HSBC BWF World Tour Super 500, 355 tys. dol.).
Dzięki temu awansował do ćwierćfinału, gdzie ma w piątek szansę zrewanżować się Jonatanowi Christiemu (Indonezja) za porażkę równo tydzień temu w (także) ćwierćfinale otwartych mistrzostw Malezji.

Zob. też Lin Dan odpuścił, a Duńczycy w natarciu.       

Otwarte Mistrzostwa Singapuru w badmintonie. Singapore Open 2019. 9-14 kwietnia 2019. Singapur (Singapur). Singapore Indoor Stadium. Turniej HSBC BWF World Tour Super 500. Pula nagród 355 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

jr

2019-04-10, Singapur
Lin Dan odpuścił, a Duńczycy w natarciu
Dobry dla Duńczyków był drugi dzień otwartych mistrzostw Singapuru w badmintonie (HSBC BWF World Tour Super 500. 355 tys. dol.).
Wprawdzie odpadli Anders Antonsen (z Chińczykiem Chen Longiem) i Rasmus Gemke (z Hindusem Kashyapem), ale wygrali: Mia Blichfeldt (z Indonezyjką Tunjung), Jan O. Jorgensen (z Koreańczykiem Lee Dong Keunem), Hans-Kristian Vittinghus (z Japończykiem Tsuneyamą), Kim Astrup/ Anders Skaarup Rasmussen (z indyjskim deblem Arjun/Shlok) i Viktor Axelsen (z Chińczykiem Lin Danem). Szczególnie pojedynek tego ostatniego przykuwał uwagę kibiców pomimo faktu, że rozgrywano go na mało prestiżowym korcie numer 4.

Rozgrywano krótko (14 minut), bo Lin Dan (fot.), który dopiero co wygrał ciężki turniej w Malezji (zob. Jak za dawnych lat), zrezygnował (podając jako powód kontuzję) z dalszej gry przy lotce setowej dla Duńczyka w pierwszej partii (20:13). Rezygnacja Chińczyka wywołała różne spekulacje na ten temat, ale wyczerpujący start w Malezji mógł niewątpliwie nadszarpnąć siły Lin Dana.

Kłopoty miał znowu mistrz świata Kento Momota (Japonia), który tydzień temu zakończył karierę w Kuala Lumpur już w drugiej rundzie (zob. Zimna krew Indonezyjczyka). Wprawdzie tym razem nie odpadł, ale godzinę i kwadrans męczył się z Hindusem Sai'em Praneethem 19:21 21:14 22:20.         

Otwarte Mistrzostwa Singapuru w badmintonie. Singapore Open 2019. 9-14 kwietnia 2019. Singapur (Singapur). Singapore Indoor Stadium. Turniej HSBC BWF World Tour Super 500. Pula nagród 355 tys. dol. Wyniki w serwisie tournamentsoftware.com.

Fot. © BadmintonPhoto.com (live)

jr

2019-04-09, Teresin
O puchar starosty sochaczewskiego
12 maja 2019 zostanie rozegrany w Teresinie turniej badmintona: IV Mistrzostwa o Puchar Starosty Sochaczewskiego.
Honorowy patronat nad zawodami objęła Jolanta Gonta, Starosta Sochaczewski.

Kategorie:
Singiel open A
Singiel open B
Singiel open C
Singiel mężczyzn 45+
Singiel mężczyzn 55+
Singiel kobiet A
Singiel kobiet B
Debel open
Debel kobiet
Mikst A
Mikst B

Zgłoszenia:
Poprzez formularz na http://badzio.pl od 11.04.2019 r. godzina 20.00.
Liczba miejsc będzie ograniczona do 85 zawodników.

Przypomnijmy, że w 2018 r. odbył się po raz pierwszy Victor Grand Prix Powiatu Sochaczewskiego Amatorów Badmintona, w którego skład wchodziły cztery turnieje: I Mistrzostwa o puchar Stowarzyszenia „Przez Sport w Przyszłość” (10.03.2018), III Mistrzostwa Powiatu o Puchar Starosty Sochaczewskiego Jolanty Gonty (2.06.2018), III Memoriał Sylwestra Rozdżestwieńskiego w Badmintonie (6.10.2018) oraz V Mikołajkowy turniej Badmintona (9.12.2018).
 
Każdy z ww. turniejów rozgrywany był w dziewięciu kategoriach: singiel open A, singiel open B, singiel open C, singiel mężczyzn 45+, singiel mężczyzn 50+, singiel kobiet, debel open, debel kobiet oraz mikst. Jak informuje Sebastian Wiśniewski, prezes Stowarzyszenia „Przez sport w przyszłość”, które odpowiadało za organizację wszystkich turniejów, zawodnicy zbierali punkty do końcowej klasyfikacji GP.
- Zawodnicy, którzy stanęli na podium, otrzymali pamiątkowe statuetki oraz vouchery do sklepu ze sprzętem do badmintona – przypomniał Wiśniewski.

Głównym organizatorem imprezy (wspieranej również przez inne podmioty) był Badminton Sochaczew, której to marki właścicielem jest Stowarzyszenie „Przez Sport w Przyszłość”. Mecze rozegrano w halach GOSiR Teresin oraz „Ogrodnika”.  W każdym turnieju brało udział kilkudziesięciu zawodników i zawodniczek, a w sumie ponad 200 zawodników.

Punktacja końcowa GP Powiatu Sochaczewskiego za 2018 r.:
Singiel open A
1.    Rafał Tomaszkiewicz – Sochaczew
2.    Mateusz Krysa – Solec Kujawski
3.    Dawid Maron – Ząbki
Singiel open B
1.    Michał Król – Ozorków
2.    Michał Adamkiewicz – Sochaczew
3.    Henryk Ewert – Ozorków
Singiel open C
1.    Janusz Stanowski – Sochaczew
2.    Jacek Nowakowski – Skierniewice
3.    Piotr Kotlarski – Sochaczew
Singiel Kobiet
1.    Teresa Marcinek – Kraków
2.    Wioletta Wójtowicz – Zabrze
3.    Karolina Sałacińska – Sochaczew
Singiel męski 45+
1.    Wojtek Pasternak – Połaniec
2.    Grzegorz Jankowski – Włocławek
3.    Krzysztof Drobnik – Łódź
Singiel męski 50+
1.    Henryk Ewert – Ozorków
2.    Mirosław Steć – Warszawa
3.    Ireneusz Żurek – Świebodzin
Debel open (ex aequo 1 m.)
1. Karol Leszczyk — Warszawa
1. Mariusz Nawrocki – Łódź
1. Przemysław Nowak – Łódź
Debel kobiet
1.    Kateryna Bieliajewa – Warszawa
2.    Katarzyna Wieluńska — Złotoria
3.    Teresa Marcinek – Kraków
Mikst
Kobiety
1.    Gabriela Zielińska — Warszawa
2.    Katarzyna Wieluńska — Złotoria
3.    Jolanta Karska – Łódź
Mężczyźni
1.    Karol Leszczyk – Warszawa
2.    Tomasz Strzelczyk – Bydgoszcz
3.    Sebastian Osowski – Warszawa

IV Mistrzostwa o Puchar Starosty Sochaczewskiego w badmintonie. 12 maja 2019. Teresin. Hala sportowa GOSiR, al. XX-lecia 1A. Turniej wliczany do rankingu Victor Grand Prix Powiatu Sochaczewskiego. Komunikat turnieju.

Fot. mat. organizatora.

jr, mat. organizatora

© BadmintonZone.pl | zaloguj